Magia nylonów

Czytając opowiadania pomyśl, czy zostałyby ona napisane, gdyby ich bohaterki miały na swoich nogach nie pończochy nylonowe a samonośne lub rajstopy.

Warto przeczytać

Atrybut seksu i władzy
Przeciwniczki seksownej bielizny twierdzą, że pończochy wkłada się wyłącznie po to, by zrobić przyjemność mężczyźnie...  czytaj

Dlaczego kobiety powinny nosić pończochy?
Kolega podesłał mi ostatnio ciekawy artykuł - czy noszenie pończoch jest dla kobiety poniżające? Ku mojej uldze, tekst nie okazał się być manifestacją feminizmu, lecz pochwałą prawdziwej kobiecości... czytaj

002.jpg
Szczęśliwy wypadek

Młodsza koleżanka ośmieliła i mnie do napisania paru słów, bo mamy podobne doświadczenia (chodzi o koleżankę - autorkę listu "Przez nylony do serca", który publikuję poniżej - przyp. red.). Mam już 35 wiosen, a pończoszki nylonowe znam od ponad 15 lat. Jednak po roku 90. zdecydowanie porzuciłam je dla rajstop, ale schowałam paseczek z podwiązkami i kilka opakowań "zabytkowych nylonów".
3 lata temu miałam (podobnie jak koleżanka) złamaną nogę. Nie cierpię luźnych strojów i nawet z nogą w gipsie chciałam być elegancka. Przeprosiłam zatem pończoszki. Podczas 4 tygodni unieruchomienia i pobytu w domu mój małżonek skakał wokół mnie jak nigdy (byliśmy wtedy małżeństwem z blisko 10 letnim stażem i szczęśliwymi rodzicami 4 letniego wówczas Frania).

Więcej …
Wielbiciel pończoch
Wpisany przez Stanisław Chyczyński   

Nakładem Instytutu Wydawniczego „Świadectwo” ukazał się w roku 1999 zbiór opowiadań autorstwa STANISŁAWA CHYCZYŃSKIEGO pod tytułem „Wielbiciel pończoch”. Taki tytuł nosi też jedno z opowiadań, które treścią idealnie pasuje do nazwy tej strony, a także do jej formuły. Z tego powodu postanowiłem przedrukować je w całości, zresztą z pełną aprobatą autora. W rozmowie telefonicznej pan Chyczyński obiecał przesłać mi maszynopisy swoich wierszy i innych opowiadań na temat nylonowych pończoch, dotąd nigdzie nie publikowanych. Ponadto wyraził zadowolenie, że taka strona powstała w rodzimej sieci i cieszy się, że może mieć swój udział w jej zawartości.

  
STANISŁAW CHYCZYŃSKI, urodzony w 1959 r. w Kalwarii Zebrzydowskiej, gdzie również mieszka. W roku 1986 ukończył filozofię na Uniwersytecie Jagiellońskim. W prasie debiutował w 1993 r. jako poeta. W latach 1994-1997 redagował miesięcznik kulturalno-literacki „NIHIL NOVI". Publikował m.in. w „Magazynie Literackim", „Portrecie", „Najwyższym Czasie", „Salwatorze", „Drodze", „Czasie Serca", „Marginaliach" i „Własnym Głosem". Wydał dotychczas: Wiersze wybrane(1992), Motywy religijne (1994). Oprócz poezji, prozy, publicystyki zajmuje się także malarstwem antyrealistycznym.

WIELBICIEL POŃCZOCH
Stanisław Chyczyński

     Zwykła opowieść wyjęta wprost z konkretnej prywatności. Historia przeciętnego człowieka, jaki ulągł się na trzydzieści lat przed wejściem w Trzecie Tysiąclecie. Relacja bez drugiego dna, wyprana z poetyckiej penetracji języka. Smakujcie ją cierpliwie, dowolnie, ale z uwagą, zastanawiając się (albo i nie), jak to wszystko było możliwe... 
      Naprawdę miał na imię Jerzy. Naprawdę.
      Koledzy z podstawówki wołali na niego „Jusza". Bóg raczył wiedzieć - dlaczego. Był dzieckiem niezwykle wrażliwym i nieśmiałym, jakby monadą, która nie miała okien. W dodatku był chyba, już jako kilkuletni brzdąc, nadpobudliwy erotycznie. Uwielbiał na przykład nosić czarne (żadne inne, tylko czarne) gumowce z wysokimi cholewami, ale ilekroć je wkładał, jego ptaszek pęczniał, sztywniał, przeszkadzał między nogami. Odczuwał wtedy jakąś dziwną przyjemność, zaprawioną lekko wytrącającym z równowagi zawstydzeniem. Nikomu się z tym nie zdradził, choć towarzysze zabaw widzieli tę ścierpła buźkę, z jaką brodził w gumowcach po dnie strumieni. Pamiętał do dziś, jak niesamowicie odczuwało się chłód wody nawet w najbardziej upalne dni.
      Do końca podstawówki słowa typu „Bóg", „Zbawiciel" czy „dusza" nie robiły na Jureczku specjalnego wrażenia. Spowiadał się nieczęsto, niechętnie i nie zastanawiając się w ogóle nad sensownością takich enigmatycznych obrzędów. Również dzisiaj nie umiałby powiedzieć, kiedy staroświeckie słówko „grzech" nabrało dla niego głębi, gęstości i grozy... Mogło to być w drugiej klasie technikum, gdy na długiej przerwie, za blaszanym barakiem tuż przy szkolnym boisku, przyjaciel pokazał mu kolorowe fotki z bardzo ładnymi kobietami w brązowych pończochach. Były to pończochy klasyczne, nylonowe, ze szwem, podpięte za pomocą marszczonych szelek do bardziej lub mniej ozdobnego pasa. Ich ciemniejsze ściągacze, opinające rozłożone uda, działały na zmysły jak lakoniczne, z niczym nie porównywalne hasło: „Bierz mnie, proszę bardzo!".
      Pornografia kaleczy wyobraźnię. Jeszcze teraz, po zamknięciu powiek, pamięciowe zdjęcia tamtych fotografii mogły go w każdej chwili porazić wyrazistością. Nad pisuarem lub przed ołtarzem głównym. I stało się tak, że specyfika kobiecości, autentycznie podniecająca, gotowa do aktu, od tamtego dnia musiała mieć dla niego piersi sterczące jak rakiety a na nogach lśniące pończochy, podciągane w górę przez gustowne podwiązki. Taki odruch warunkowy Jerzy utrwalał w sobie przez długie lata. Często przed snem, leżąc w łóżku, dotykał się umiejętnie i delikatnie, wyobrażając sobie, jak bawi się bezwstydnie obnażonymi, pięknie wypulchnionymi „rakietami", jak gładzi subtelność tkaniny, zapowiadającej sąsiedztwo pożądanych ciepła, wilgoci i miękkości... Właśnie wtedy słowa „Bóg", „Duch" czy „grzech" mogły nabrać dla niego emocjonalnego znaczenia - sam o tym myślał w ten sposób. Spowiadał się nadal rzadko, ale już z wyraźnym poczuciem winy, chociaż nikt (więc matka, ojciec czy katecheta) nie przestrzegał go nigdy przed niecnością nocnych praktyk. Oto pod koniec dwudziestego wieku pewien młodzieniec z chłopskiej rodziny był przekonany, że zadawanie się z kurewkami noszącymi pończochy, a nawet przeżywanie tego tylko w marzeniach przed zaśnięciem, nie jest powodem do dumy i chwały. Czyż to nie jest dziwne? Trochę jakby rodem ze średniowiecza, a trochę z dziewiętnastowiecznego romansu.
„Dobrze jest mężczyźnie nie imać się kobiety".
      Wyczytane w Biblii zdanie to głęboko zapadło w pamięć Jerzego, gdy był na etapie zbierania reprodukcji obrazów pewnego amerykańskiego hiperrealisty, którego nazywał żartobliwie Janem od Kaca. Artysta zdobył sławę jako monotematyczny piewca damskich tyłeczków, portretowanych ze znawstwem i wdziękiem. „Czerwone majtki i białe pończochy" to pierwszy jego obraz, jaki zrobił na Jerzym tzw. piorunu­jące wrażenie. Później wycinał z kredokolorowych pism napotkane zdjęcia dzieł ulubionego malarza, przedstawiające różne warianty damskich pośladków, wzbogacone widokiem ud w opiętych pończochach. Trzeba przyznać, że intrygujące te motywy zawsze były oddane z podziwu godną skrupulatnością a może nawet z pietyzmem. Jerzy mógł godzinami wpatrywać się w poszczególne obrazki, smakując uroki kobiecego ciała, albo i bielizny, we wszelkich niuansach i detalach. Najsilniej wpijał się wzrokiem w karnację skóry modelki, prześwitującą przez cienki materiał pończochy, ewentualnie w fałdy intensywniejszych ściągaczy, wepchniętych jakby brutalnie w gardła srebrzystych żabek. I chociaż obrazy Jana od Kaca nie miały nic wspólnego z porno, wyrośnięty ptak Jerzego sztywniał w takich sytuacjach wcale rzadko. Wszelako Jusza - obcując intymnie ze sztuką - nigdy nie doprowadzał się do ostateczności. Samych zaś pornosów, tak „miękkich" jak i „twardych", unikał niczym boxer ciosów przeciwnika. Unikał też zbędnego towarzystwa, stronił od dyskotek i wszelkich imprez, powoli stając się prawie odludkiem. Dopełnieniem tego nietypowego zachowania były, pojawiające się jeszcze sporadycznie, marzenia o pustelni. Całkiem poważnie myślał wtedy, aby po ukończeniu technikum wyjechać do Bieszczad, osiąść w jakiejś zapomnianej samotni i żyć w symbiozie z naturą.
W klasie maturalnej będąc, na progu dorosłości, skumał się z pewną Reginą, noszącą - o dziwo! - klasyczne pończochy. W latach stanu wojennego tak exkluzywną bieliznę nosiły tylko prawdziwe damy, ale skądinąd Reginie daleko było do damy nawet najpodlejszego gatunku. Najprawdopodobniej dziewczyna nosiła pończochy, by wywierać piorunujące wrażenie na facetach pokroju Jureczka. Rzuciła na niego prawdziwy urok w przeddzień matury, uwodząc go bezceremonialnie w starej pustelni na tzw. Kamieńcu. Uzbrojona w czarny stanik, czarny pas i takież pończochy, zaczarowała wrażliwego Jureczka na amen. Owinęła go sobie dokładnie wokół małego palca z czerwonym lakierem na paznokciu. Byli ze sobą przez półtora roku, kiedy to Jerzy pracował w ZURCIE, snując od święta matrymonialne plany. Rodzice jego dogadali się w końcu z rodzicami dziewczyny, określono wstępnie termin ślubu. Regina dostała się na studia socjologiczne w Warszawie, zainstalowała się w akademiku, zaczęła zwiedzać biblioteki. W okolicach Sylwestra oświadczyła narzeczonemu, iż nie pójdą razem na bal, ponieważ ona, Regina, zakochała się w Arturze, studencie malarstwa. Poza tym jest w ciąży, i to bynajmniej nie ze zbaraniałym Jureczkiem...
      Teraz długo zbierał się w sobie, wreszcie porzucił rodzinne miasteczko, wyjechał do Lublina, gdzie podjął studia teologiczne na KUL-u. Od czasu do czasu śniła mu się Regina, ale nigdy w pończochach i ze sterczącymi jak rakiety piersiami. Nie potrafił o niej zapomnieć, bo nie masz w świecie takiego twardziela, co byłby zdolen skasować pamięć o pierwszej swojej kobiecie. Nagle, ni stąd - ni zowąd, nad pisuarem lub nawet przed ołtarzem głównym, przypominała mu się roześmiana, kokieteryjna twarzyczka rozochoconej Reginy, jej zogromniałe oczy - w zbliżeniu." O, Boże ! Jestem ukrzyżowany na antypodach, między sacrum a profanum" - myślał biedny Jusza, oddając naturze to, co wszyscy jesteśmy jej winni. W Lublinie nie zabawił długo, gdyż znalazł się pewien uczynny docent, który mu niezbicie udowodnił, iż teologia nie jest tą dziedziną, w której powinien się realizować. Winy Jerzego nie było w tym najmniejszej, wszak przykładał się rzetelnie do zatęchłych xiąg, chociaż powidoki Reginy mąciły jego percepcję.
      Kiedy gorączkowo zastanawiał się nad tym, jak ułożyć sobie dalsze życie, upomniała się o swoje armia nasza kochana. Następne półtora roku miał zatem z głowy. Cudem niepojętym parszywa codzienność nie była w stanie zabić w Jerzym elementarnej wrażliwości i tajemniczej potrzeby metafizycznych dociekań. Dość koszmarne wrażenia związane z niewolą w wojskach radiolokacyjnych udało się zatrzeć bez specjalnego wysiłku. Niewątpliwie pomogła w tym Jerzemu nagła i radykalna zmiana trybu życia. Został autentycznym pustelnikiem. Mizantropem - co się zowie, samojednikiem. Najpierw spędził dwa miesiące w klasztorze Kamedułów na Bielanach, potem w drewnianej samotni w pobliżu jednego ze szlaków turystycznych Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Jako pustelnik tułał się później po Polsce centralnej, ale bliskość stron rodzinnych nie dawała mu spokoju, więc wyjechał na Słowację. Tutaj było mu naprawdę dobrze o każdej godzinie i pod każdym względem. Nawet Regina nie śniła mu się zupełnie, jakby destruktywne oddziaływanie jej „bioprądów" nie miało takiego zasięgu. Dużo czytał: Thomasa Mertona, św. Jana od Krzyża, Augustyna, Edytę Stein, Gabriela Marcela, również - Levinasa. Wspaniałe lektury porównywalne z najlepszymi lekami na choroby duszy! Zbliżała się Wielkanoc, kiedy COŚ NIEOKREŚLONEGO kazało mu wrócić do ojczyzny.
I przybył do znanego miasteczka na południu kraju, miasteczka zagubionego poniekąd wśród pól i lasów.
     Dzięki rekomendacji pewnego słowackiego anachorety przyjęto Jerzego do miejscowego klasztoru, na stanowisko opiekuna solidnej, murowanej pustelni. Jerzy szybko pokochał nowe miejsce. Do drewnianych drzwi pustelni przytwierdził mosiężny napis „Ego sum, non sum", zaś na tynku maleńkiej sypialni wypisał: DOBRZE JEST MĘŻCZYŹNIE NIE IMAĆ SIĘ KOBIETY. Rosła, przystojna sylwetka Juszy niebawem jakby na stałe wkomponowała się w półgórski pejzaż. Mieszkańcy polubili sympatycznego brata Jerzego, który nierzadko w zwykłym stroju spacerował po okolicznych lasach. Jerzy miał ciepłe, przyjazne wejrzenie, krótko ścięte włosy i kilkutygodniowy zarost, nosił sportowe koszulki z reklamowymi nadrukami, schludne jeansy, zadbane adidasy. Nie rozstawał się z podręcznym tomem myśli swego ulubionego św. Jana od Krzyża. W niczym nie przypominał romantycznego pustelnika, wyrzutka ze świata cywilizacji i kultury. Po roku zaprzyjaźnił się z resztą zakonników, pomagając im w pracach gospodarczych. Oni zaś zorganizowali mu uroczyste złożenie ślubów i obleczenie w habit. Przybyło wtedy do świątyni nawet sporo miejscowych wiernych. Radość zaślubionego Pani Samotności mężczyzny nie znała granic. Nie pamiętał już, że kiedyś tak nieszczęśliwe kochał się w jakiejś królówce...
 * * *
Zbliżały się Zielone Świątki, wiosna panowała niepodzielnie nad pogodą, florą i fauną, a także nad ludźmi. Po dwunastu latach Regina odnalazła Jerzego, przyjechała do jego pustelni z synkiem Arkadiuszem, który parę tygodni wcześniej przystąpił do pierwszej komunii.
— Artur nie żyje! - krótkie to hasło, rzucone sucho przez Reginę, długo odbijało się od zawilgoconych ścian pustelni. Brat Jerzy patrzył z drżeniem w zogromniałe oczy dawnej ukochanej, z których wytaczały się łzy. „Kochała go bardzo", myślał gorączkowo, tracąc spokój i pewność siebie. Nie zapytał, co zaszło. Czekał taktownie na całą resztę.
- Zginął w naszym bloku rozerwany przez windę. Ruszyła, jak wchodził...
Zmilczał. Spojrzał na chłopca, słysząc, jak Reginie załamuje się głos. Mały Arek tulił się do matki, unikając wzroku obcego człowieka. Niezręcznie było patrzeć na ludzkie cierpienie, więc czym prędzej Jerzy odwrócił głowę. Po krzywej płaszczyźnie spękanego tynku sunął pomrów wielki. Odwieczny towarzysz strąconych do lochu.
      Na drugi dzień Regina przyszła do pustelni sama, ubrana w modną sukienkę z dość wysokim rozcięciem. Czarną - jak na wdowę przystało. Zaprosiła Jerzego na długi spacer, jako że pogoda była wypisz-wymaluj. Pustelnik zabrał lekki kocyk, aby usiąść było można wygodnie.
Po drodze odbyli istotną rozmowę, w trakcie której Regina opowiedziała Jerzemu wszystko, czego nie chciała mówić przy dziecku. Ze szczegółami i dość barwnie. „Pani magister" - błysnęło mu w myślach. Kiedy zmęczeni dotarli na szczyt zwany Pomroczną, czym prędzej usiedli na przygotowanym pledzie. Reginie, gustownie ubranej w dość obcisłą suknię, przyjęcie w miarę wygodnej pozycji umożliwiło dopiero wysokie rozcięcie. Kiedy zerknął na jej nogi, przebiegł go dreszcz, jakiego dawno już nie odczuwał. Zobaczył bowiem u zbiegu rozcięcia sukni czarny ściągacz pończochy, podpiętej do szelki. Metalowa żabka mocno marszczyła elastyczną tkaninę. Nie było tego widoku zbyt wiele, ale starczyło. Zabolało go w środku dotkliwie, zaszumiało w uszach, w oczach pojawiły się dziwne iskierki, sinusoidalnie zbiegające się w punkcie centralnym. Pot spływał mu po czole jak piłkarzowi pod koniec pierwszej połowy. „Nadal nosi pończochy" - natrętna myśl pulsowała gdzieś w środku...
      Regina, cwana kobieta, na pewno zauważyła to jego wielkie wzruszenie i jeszcze większe zmieszanie, które na próżno starał się ukryć. Wtedy - jak przez niewidzialną szybę, jak przez fantastyczne pole siłowe, jak przez nieszczelną granicę nadrzeczywistości, usłyszał stłumione:
— Wyjedź ze mną i zacznijmy wszystko od nowa!

 
Komentarze (1)
1 Wtorek, 14 Grudzień 2010 18:17
szymon
kciałem zamuwic czarne poncohy ze wzorem

Dodaj swój komentarz

Imię:
Komentarz:

Kobiety na forach:

Oj mało jest facetów którzy uwielbiają jak kobieta nosi pończochy i mało jest kobiet które je noszą.
Ja lubię nosić pończochy i pasek czuję się wtedy taka seksi...

~Monika

W czym do sypialni?

(...) Pamiętaj o tym, że pończochy na pasku to klasyka i ikona erotycznego wizerunku - skoro całe pokolenia mężczyzn nie dały się przekonać, że rajstopy są bardziej sexy, to coś w tym musi być. (...)

Z forum "Kobieta w Interia.pl"

kosmetyka, uroda, zdrowie katalog stron internetowych